sobota, 14 czerwca 2014

Kwiat, który nie rozkwitł stanie się piękniejszy [ItaSaku] część 1

9 komentarzy:
„Kwiat, który nie rozkwitł stanie się piękniejszy”[ItaSaku]



- To nie możliwe! – powiedział ojciec. Trzasnął dłońmi ze złością o blat stołu. Filiżanka z kawą upadła, wylewając ciecz  na dzisiejszą gazetę. – Jak mogłaś bez naszej zgody poprosić ciotkę o przyjęcie do szkoły? – czarne, złe oczy spojrzały na mnie, abym udzieliła im natychmiastowej odpowiedzi.
-  Tato. Nigdy mnie nie słuchaliście, a tam chciałam się uczyć. Ciocia o niczym nie wiedziała. Nie powiedziałam jej, że wam nie mówiłam. To moja własna decyzja. Podjęłam ją samodzielnie. Czy nie potrafisz tego zrozumieć? Chociaż raz? – dopytywałam.  Ścisnęłam oświadczenie, które musiał podpisać pełnoprawny opiekun.
Jego krótkie ciemne włosy przyklejały się do policzków. Zasłonił dłońmi twarz, aby ukoić nerwy. Zauważyłam, że na opalonych dłoniach były blizny z nowymi ranami po iskrach spawalniczych. Pracował fizycznie w warsztacie samochodowym. Przypuszczam, że dla niego było ciężko, lecz nie pokazał po sobie zmęczenia. Cieszył się każdym dniem spędzonym z nami. Nie czułam potrzeby posiadania rzeczy materialnych. Jego uczucia wystarczyły, aby mnie pocieszyć w najgorszych chwilach.
To są tylko moje przypuszczenia.
Od lat czułam, że jestem ciężarem i muszę się usamodzielnić. Nauka w innym mieście będzie próbą, jaką będę musiała przetrwać. Bez opieki rodziców. Nie chcę by ciągle opiekowali się mną i martwili, ale zawsze będę dla nich jak małe dziecko. W tym wypadku mało co się zmieni. Rodzice muszą być odpowiedzialni za potomstwo. Sądzę, że oni są nadopiekuńczy. Robią rzeczy, aby było mi jak najlepiej. Przypuszczam, że nie chcą bym martwiła się o rzeczy związane z ich pracą.
- Błagam cię, tato – patrzyłam błagalnym spojrzeniem na rodzica. – To jedyna szansa. Wiem, że to trudna decyzja. Wyjadę tylko na trzy lata, będę was odwiedzać.
- Zabroniliśmy tobie iść do tej szkoły. Ty nadal się upierasz przy swoim. Tamte okolice nie są najlepszym miejscem dla dziewczyny w dorastającym wieku. Jeszcze stanie ci się krzywda. Tego nie chcemy. Jesteś dla nas ważna. Dlatego zastanów się jeszcze dwa razy nad placówką ciotki. Naszym zdaniem powinnaś wybrać odpowiednią w tym mieście – wstał, kierując do salonu.
- Tato! Poczekaj – pobiegłam za nim. Stałam na przeciw niego, gdy próbował włączyć telewizor. Jednakże przeszkadzałam mu w tej czynności. – Zależy mi na tej szkole. Od lat wam o niej mówiłam. Dlaczego nadal się upierasz bym została w tym mieście? Tu jest nudno, i nie ma nowych ludzi. Chcę zmienić otoczenie. Pozwól mi to zrobić.
- Sakura, idź do pokoju. Nie zmienię zdania. Masz zadzwonić do ciotki, i powiadomić ją, że znajdziesz sobie szkołę w naszym mieście. To nie dla ciebie liceum. Nie podołałabyś wszystkim wymaganiom. Status i elita szkoły by cię zmiażdżyła. Dla twojego dobra zostaniesz tutaj.
- Przestań się o mnie martwić. Jesteś nadopiekuńczy! Poradzę sobie – tupnęłam ze złością głośno nogą o podłogę.
- Chcę cię chronić. Jesteś moją córką, która ma być szczęśliwa. Nie pozwolę by byle tapetowana lalka popsuła twój wizerunek. Jesteś dobra we wszystkim, tutaj znajdziesz wymarzoną placówkę. – uchwycił kubek z sokiem pomarańczowym. – Tu jest twoje miejsce i nigdzie więcej. Jesteś za młoda na wyprowadzkę.
- Zawsze to robisz. Do wszystkiego jestem za młoda. Dbasz tylko o siebie. Tamta szkoła jest moim marzeniem. Dlaczego nie możesz tego zrozumieć? Proszę o zbyt dużo? Tylko wy się liczycie, a moje pragnienia nie mają nic do rzeczy!!!
Pobiegłam zła do swojego pokoju.
Sądzę, że moja przypuszczenia są słuszne. Rodzice nie chcą mnie puścić w miejsce, którego nie znają. Na dodatek nie ufają całkowicie cioci, ponieważ od lat są w konflikcie. Tylko zastanawiam się dlaczego mnie to dotyczy. Nie jestem niczemu winna. Oni powstrzymują mnie przed spełnieniem marzenia, bo placówkę prowadzi siostra taty. Nie dowiedziałam się o co się pokłócili. Dlatego wszystko muszę załatwić sama by nikogo nie martwić?. Nie dopuszczę, by skreślili marzenia. Moje cele są ważne! Nie pozwolę by mi przeszkodzili w realizowaniu planu na przyszłość.
Jeśli naprawdę myślą o przeszkodzeniu mi w pójściu do szkoły, to się grubo mylą. Tego właśnie chcę, i muszę dążyć za marzeniami. Nie ważne jakie będą trudne. Z ich wsparciem mogłabym osiągnąć cel, który wyznaczyłam. Zawsze marzyłam by zostać prawniczką. Jeśli szkoła ciotki znajdzie się w aktach z dobrymi ocenami od razu mogę być przyjęta. Jest to dużym plusem.
Opadłam na fotel w pokoju. Wpatrywałam się w wspólne zdjęcie z przyjaciółką.
- Chciałabym cię znów zobaczyć – położyłam fotografię. Potrzebowałam zobaczyć  jej radosną twarz, której od lat nie zauważyłam. Jesteśmy oddzielone. W tamto miejsce już nie wrócę by na chwilę odwiedzić dawną znajomą.
- Sakura. – Mama weszła do pokoju. Na jej ustach zagościł pogodny uśmiech.
Usiadła naprzeciwko mnie. Delikatnymi dłońmi chwyciła moją. Jej gesty mnie uspokajały, ale w tym wypadku byłam uparta i nie zamierzałam ulegać ich postanowieniom. Wiedziałam czego pragnę w życiu, i czego chcę dokonać przez czyny. Muszę osiągnąć cel, który sobie narzuciłam.
- Wiem, kochanie co teraz myślisz. To dla twojego dobra. Tamto miasto nie jest bezpieczne dla nastolatek. Dlatego pomyśl nad tym co tata mówił. Nie chcę byś cierpiała. Jesteś dla nas wszystkim.
- Mamo, chociaż ty bądź po mojej stronie. Zawsze chciałam się tam uczyć – wstałam, podchodząc do okna. Ręka z dużą siłą wylądowała na ścianie. Obraz mi się rozmazywał przez bezradność, w jakiej się znalazłam. Moje pragnienia zostaną zrujnowane przez widzimisię rodziców.
- Córeczko... – dłoń rodzicielki zacisnęła się na ramieniu by mnie pocieszyć. Nie udało jej się, bo naprawdę pragnęłam dostać się do placówki, gdzie przewyższają normę nauki. Tam mogłabym być lepsza niż w innych szkołach. To najpopularniejsza szkoła, a z wynikami jakie posiadam dostałabym się bez trudu. Dlaczego nic nie rozumieją? – Troszczymy się o ciebie. Powinnaś to docenić. Tam spotka cię krzywda.
- To, że pokłóciliście się z ciocią, nie znaczy, że ja też tak będę robić.
- Jak już powiedziałam. Powinnaś zastanowić się czego chcesz, bo tam nie powinnaś pójść. Twoje miejsce jest tutaj. Chcemy dla ciebie dobrze, i wiemy co najlepsze. Zostawię cię sama byś ochłonęła. Porozmawiamy jak będziesz myślała rozsądnie.
Zostawiła mnie samą.
Myślałam o szkole, która oddalała się ode mnie. Nie mogłam tam pojechać i być lepsza w tym co lubię. Sport był moja pasją, i trenuję codziennie. Tam bym mogła się trochę wykazać sprawnością fizyczną. Mówi się, że nauczyciel wychowania fizycznego jest  wymagający, i nie ma litości. Nie spotkałam go osobiście. Tak słyszałam od uczniów.  Tam mogłabym przekroczyć swoje możliwości i stać się lepsza w każdej dziedzinie.
Otworzyłam szeroko okno.
Krajobraz za oknem był przecudowny. Sam widok zieleni: korony kwiatowych drzew, kory po której pnęła się winorośl, paproci rozkwitały. Kropelki rosy wyglądały magicznie dzięki promieniom słońca. Aż chciało się patrzeć na ten cud natury! To jest jedyna rzecz, która zatrzymuje mnie w tym domu. Nasz ogród jest magiczny. Tu mogą dziać się różne rzeczy. Różne gatunki kwiatów zasadzonych w skalniaku wyróżniały się pośród różnorodnej zieleni. Ławka stała pod drzewem wiśni, gdzie był często cień, który trochę ochładzał.
Strona, w której znajdował się mój pokój uważałam za własny świat, gdzie spełniały się skryte pragnienia. Każdego ranka, gdy wstawałam widok lśniącej trawy pobudzał mnie do życia. Chciało się żyć!
Zacisnęłam dłonie w pięść. Usiadłam na parapecie, przyciągając nogi do siebie. Oparłam podbródek o kolana. Zamknęłam oczy. Rozkoszowałam się zimnym powietrzem, który mnie uspokajał. Próbowałam, choć trochę zapanować nad gniewem, gdyż mogłam wybuchnąć w złości. Tego nie chciałam. Kocham rodziców, i nie chcę zrobić im przykrości z powodu zakazu.
- Córciu – uniosłam głowę. Spojrzałam na właściciela głosu, którym okazał się mój tata. W dłoniach trzymał dwie szklanki gorącej czekolady ze śmietanką. Uwielbiam ją! Uchwyciłam po czym popiłam dużym łykiem. Wąsik z pianki powstał pod nosem. – Nic się nie zmieniłaś. Nadal uwielbiasz czekoladę.
-  To mój ulubiony napój robiony przez ciebie, tato.  
Usiadł na parapecie. Patrzał na mnie intensywniej, a w jego oczach zauważyłam narastający smutek. Niepokoił się przez moją decyzję. Podjęłam ją dawno, ale czy teraz powinnam zmienić upartość? Muszę postanowić czego chcę. Jestem pewna, że to wszystko moja wina jest przygnębiony. Zraniłam go i muszę teraz cierpieć za powiedziane słowa. Tylko, że nie jestem osobą, która szybko odpuszcza.
- Naprawdę chcesz tam jechać? 
- Tak. To moja wymarzona szkoła. Nie chcę żadnej innej – spojrzałam na niego, gdy westchnął cicho. Patrzył na mnie z żalem. Nie chciał przyjąć do świadomości mojej decyzji. Wyprowadzę się na trzy lata, i zobaczą mnie raz na jakiś czas. To może być ciężkie. Jestem ich oczkiem w głowie. Wiadomo, maja wahania.
- Naprawdę nie chcę byś tam poszła – westchnął. – Nie chodzi o ciotkę. To miejsce mnie przeraża. Tam dzieją się dziwne rzeczy. Ludzie opowiadają o ulicznym gangu. Rabują mieszkańców i im grożą. Rodziny w tamtym mieście maja problemy. To już jeden z argumentów byś została tutaj. Drugim jest odległość.
- Przecież będę mieszkała w akademiku, nie w mieszkaniu – spojrzał na mnie z uwagą. Oczy mówiły, abym tam nie jechać. Strach miał większe oczy! – Jedynie będę wychodziła na zakupy. Dla mnie jest ważniejsza nauka niż spotkania z innymi ludźmi.  Zaufaj mi. Odwiedzać będę was w wolnym czasie.
- Ufam ci. Wiem, że jesteś zdolna do wielu rzeczy. Wcześniejsze moje słowa nie były prawdziwe. Chodzi o to, że nie wiem co cię tam czeka. Tamto miasto nie jest bezpieczne. Dlatego chcę ci to uświadomić w co się pakujesz niebezpiecznego.  Jesteś tak samo uparta co ja. Nie mogę ciągle cię trzymać. Choć myślę, że szesnaście lat to wciąż za mało, abyś spędziła tam trzy lata – uchwyciłam dłonie taty.
- Dam sobie radę. Od zawsze tak było. Musisz tylko we mnie uwierzyć.
- Wiem, że będziesz mogła mieć kłopoty. Ryzykuję – podał mi kartkę – Wpadła ci – uniósł się i wyszedł z pomieszczenia.
Rozwinęłam kartkę, gdzie był podpis taty z związku uczęszczania do szkoły. Odłożyłam szklankę i krzyknęłam radośnie. Byłam w siódmym niebie, że mogę udać się do placówki cioci. Chociaż przez chwilę będę mogłam poczuć młodzieńcze życie. Trzy lata wolności przed pójściem na studia. O tym właśnie marzę!

Czas na pakowanie!!!

piątek, 13 czerwca 2014

Sztuka miłości (ItaSaku) cz. 8

2 komentarze:
            VII

                                    Perth. Australia. Wolnym krokiem wyszłam z samochodu naciągając na oczy przeciwsłoneczne okulary. Wyciągnęłam dłonie wysoko do nieba i uśmiechnęłam się. Słońce mi służyło. Temperatury w Perth były dość wysokie, ale mi to pasowało. Po prostu uwielbiałam słońce. Byłam tutaj od ponad dwóch tygodni. Od razu po wyjściu na lotnisko przywitała mnie Konan, wysoka dziewczyna o niezwykłych fioletowych włosach spiętych w koka przypominającego różę. To dzięki niej jakoś się tutaj odnalazłam.
            Ale nawet pomimo tylu tysiąca kilometrów od Japonii dalej byłam tam myślami. Nie mogłam znieść tego braku informacji o Itachim ani o mojej matce. Byłam załamana. Konan cały czas mnie pocieszała i mówiła, że w końcu czegoś się dowiemy. Ale informacje nie przychodziły.
            Mieszkałyśmy w mieszkaniu Konan, które równocześnie służyło jej za jej studio. Zajmowała się tam grafiką. Z reguły przesiadywała tam całe noce. Miałam to sobie za złe. Gdyby mnie nie było, pewnie przesiadywałaby tam w dzień i miała wieczory dla siebie. A gdy pojawiłam się ja… Chyba nie potrafiła tak po prostu zostawić mnie samą.
            W trakcie tego krótkiego pobytu poprawiłam swój angielski. Wcześniej miałam wrażenie, że znam go bardzo dobrze, ale dopiero tutaj wykorzystałam go w praktyce i bardzo się na tym przejechałam. Tak, więc ćwiczenie angielskiego było tutaj moim jednym zajęciem.  Jednym, bo Konan nie pozwalała mi iść do pracy. Uznała, że mamy czekać na Itachiego i dopiero wtedy zdecydujemy, co dalej. Taa, tylko, że go nie było i jakoś nie zapowiadało się na jego powrót. A ja umierałam z niepewności.





             Wolno przemierzałyśmy przez centrum miasta. Mijało nas dość dużo ludzi. Był późny wieczór, wieżowce mieniły się w barwach kolorowych bilbordów i reklam. Miałyśmy dość plaży. A spędziłyśmy na niej praktycznie całe popołudnie. Dlatego teraz tak dla odmiany zaciągnęłyśmy się w tłum przechodniów i bez celu podchodziłyśmy od jednej witryny sklepowej do drugiej, żeby ostatecznie z fiaskiem przejść do kolejnej.
            - Sakura, wracajmy do domu. Chce mi się spać – Marudziła Konan. Widocznie nie przepadała za takimi wypadami. Ale ja też nie byłam zachwycona. To było potwornie nużące.
            - Nie chcę wracać do mieszkania. – Wypaliłam spoglądając w kolejną wystawę - Chodźmy do jakiegoś baru, do klubu. Chcę się rozerwać.
            - To zły pomysł. Wolę, gdy jesteśmy w bezpieczniejszych miejscach – Odparła zdziwiona Konan. – W końcu to ja za ciebie odpowiadam. A… Itachi – wymawiając jego imię przybliżyła się do mnie i ściszyła głos – Nie daje żadnych odznak, jednak z moich sprawdzonych źródeł wiem, że to kwestia kilku dniu i wróci. On sobie poradzi, Sakura. W końcu to Uchiha.
            - Taa, jakby w jego wypadku to nazwisko coś jeszcze zmieniło – Westchnęłam i wywróciłam oczami. Wiedziałam, że Itachi ma wielki problem. Sprzeciwił się ojcu, którego bałam się, mimo tego, że nic o nim nie wiedziałam. Był ścigany. I musiał wydostać się jakoś z Japonii…
            - To może chodźmy do tej restauracji. Jestem głodna – ciągnęłam dalej i wskazałam przed siebie na zupełnie przypadkowy lokal. Okazał się kuchnią tajską. Niezbyt trafiony wybór, bo za nią nie przepadałam, ale znużona Konan skinęła głową i weszła do środka.
            W środku były tłumy ludzi. Wszędzie unosił się ten specyficzny zapach tej kuchni.. Ale ja dzielnie wkroczyłam do środka i zajęłam jedyne wolne miejsce obok Konan. I niestety musiałam coś zamówić. Zamówienie pojawiło się od razu, a ja, skrobiąc w jedzeniu rozmyślałam nad tym, jakby tu jak najszybciej uciec z tego miejsca.  Niestety Konan była zachwycona i nie zapowiadało się na szybki powrót.
            W końcu udało mi się spokojnie dojść do toalety. Konan jadła po raz kolejny coś dziwnego i planowała zamówić to raz jeszcze. Ja za to stanęłam przed lustrem i przemyłam twarz lodowatą wodą. Byłam dość opalona. Niestety naokoło oczu miałam jaśniejsze miejsca. To przez okulary przeciwsłoneczne. Z rezygnacją spięłam włosy w kok, ale gdy dalej drażniąco opadały mi na oczy to się poddałam. Rozpuściłam je i lekko przeczesałam dłonią, po czym skierowałam się do wyjścia. Jednak odgłosy za drzwiami mnie zatrzymały. Trwała tam jakaś kłótnia. To nie byłoby dziwne, gdybym nie usłyszała tam japońskiego… Poczułam, że serce zaczyna mi bić coraz szybciej. Nie, to nie mógł być Itachi. Życie nie jest aż tak piękne. Serce biło coraz szybciej, ale nie z ekscytacji. Z przerażenia.
            Cicho zbliżyłam się do drzwi i przyłożyłam do nich ucho.
            - To gdzie ona jest, kurwa?!
            Zaśmiałam się z rezygnacją. Poczułam, że kręci mi się w głowie. Szybko oparłam się o zabrudzoną ścianę modląc się o to, żeby nie byli świadomi tego, że jestem w tym lokalu. Już nawet nie zastanawiałam się tym, dla kogo pracują i czy mają mnie przyprowadzić żywą. Mętlik w mojej głowie wyczyścił mi z niej wszystkie pytania i pozostawił w bezradności.
            - Wiedzieliśmy ją, jak szła z tą suką przez miasto. Nie wiemy, gdzie się zatrzymały, ale to kwestia czasu – Odpowiedział długi, niższy głos.
            - Mieliśmy ją znaleźć tydzień temu. Nie wiesz, że już mamy przejebane u szefa? On nas zajebie! Przez jakąś małą dz.. – Krzyczał ten pierwszy, ale nagle ucichł.
            - Uspokój się, idioto. Ludzie patrzą. Znajdziemy ją. I szef zrobi sobie z nią, co chce. Przeszukajmy wszystkie sklepy i lokale. Ten też. Może tu jest.
Słysząc to poczułam, że tracę równowagę i momentalnie przed moimi oczami zapanowała ciemność.





            Konan mnie ocuciła. Byłyśmy w jakiejś kabinie. Po chwili zrozumiałam, że nie opuściłyśmy restauracji. Patrzyła na mnie bezradnie i gdy tylko szepnęłam, że chcę do domu, odetchnęła z ulgą.
            - Musimy się stąd jakoś wydostać – Szepnęła i pomogła mi wstać. – Boli cię coś?
            Po tym pytaniu poczułam okropny ból głowy. Zrozumiałam, że musiałam mocno się w nią walnąć w chwili upadku.
            - Taaa – skinęłam głową – Jesteśmy w czarnej dupie – Warknęłam.
            - Przestań tak mówić …
            - To jak niby opuścimy tę toaletę? Oni wiedzą, że tu jesteśmy? – Zapytałam z wyrzutem.
            - Nie wiem. Ale nie wchodzili do toalety nawet pomimo tego hałasu, gdy upadłaś. Byli zbyt zirytowani brakiem czegokolwiek o tobie. Mają zadanie i muszą je wykonać. Wiem, jak to jest.
            Widocznie Konan miała dość niebezpieczny epizod w swoim życiu. Ale nie wnikałam. Musiałyśmy stąd uciec. To było priorytetem.  
            Konan wyszła pierwsza. Ostrożnie otworzyła drzwi i sprawdziła inne kabiny. Było czysto. Po tym podeszła do drzwi i lekko je uchyliła. Miałyśmy szczęście. Z tego miejsca rozlegał się obszerny widok na resztę lokalu. Mimo tego, że nie zauważyła nikogo podejrzanego to szybko zamknęła drzwi.
            - Wyjdziemy tylnym wyjściem – Zarządziła.
            - Gdzie jest tylne wyjście?
            - Tam – Wskazała na okno i uśmiechnęła się z bezradności.
            - Ty to tak serio? – Westchnęłam i spojrzałam z niepokojem na malutkie okienka położone niemal przy suficie.
            - A jaki mamy wybór?  - Zapytała i spojrzała na mnie tym swoim wzrokiem niewyrażającym żadnych emocji.





            Opuściłyśmy toaletę i znalazłyśmy się za budynkiem w jakimś obskurnym miejscu. Było tutaj bardzo ciemno i nie pachniało zbyt przyjemnie. W oddali słyszałyśmy dźwięk przejeżdżających samochodów oraz oceanu, który łagodził ten chaos. Konan pociągnęła mnie za sobą w stronę miasta. Nie była sama do tego przekonana, ale nie mogłyśmy tutaj zostać. To miejsce prowadziło do niczego. Ulice nie były opustoszałe, ale ludzi było znacznie mniej niż wcześniej. Nie wiedziałam która godzina, ale musiało być bardzo późno. Konan złapała mnie za rękę i pociągnęła w stronę stacji metra, która wyłoniła się zza rogu. Widocznie odetchnęła z ulgą.
             W środku praktycznie nikogo nie było. Były tam tylko dwie panie dość lekkich obyczajów, grupka roześmianych studentów i jakaś starsza pani, która była przerażona widząc stojące obok niej kobiety. Mi chciało się śmiać tak samo jak tym studentom, bo byłyśmy w kropce. Widziałam ten brak pomysłu na twarzy Konan. Chyba, że po prostu nie wiedziałam na co ją stać. Konan cały czas oglądała się za siebie i czujnym spojrzeniem piorunowała resztę pasażerów, jakby posądzając ich o tę okropną sytuację. Na szczęście nikt nie zwracał na nas uwagi.
            - Sakura – Odezwała się wreszcie Konan – Po tych ludziach możemy spodziewać się wszystkiego. Masz tę broń, którą dałam ci dzisiaj rano?
            Poczułam, że robię się czerwona.
            - Nie – Wydukałam – Zostawiłam ją w mieszkaniu…
            Konan zaklęła.
            - No to pięknie – Dodała z irytacją – W razie ucieczki będziesz musiała naprawdę liczyć na los szczęścia.
            - Dlaczego?
            - Patrz tam. – Szepnęła i wskazała mi na drugą część metra. Dwójka mężczyzn w czarnych kurtkach ze zmęczeniem opadała tam właśnie na fotele.
            - To jedni z nich?
            - Tak – Odparła Konan  - A my właśnie wychodzimy – Dodała szybciej, gdy drzwi zaczęły się zamykać.
            Zdążyłyśmy wybiec w ostatniej chwili. Ale i tak miałyśmy pecha.  Jeden z nich nas zauważył. I zabawa dopiero się rozpoczęła.

            Wybiegłyśmy ze stacji. W oddali słyszałyśmy pisk opon. Wystraszyłam się. Konan nie panikowała. Spokojnie złapała mnie za ramię i pokierowała w stronę starej części miasta.
            - Uciekaj tam! – Zarządziła i wyjęła spluwę.
            - A ty? – Zawahałam się. Nie mogłam jej zostawić. To na pewno źle by się dla niej skończyło.
            - Zostanę tu.
            - Nie. Nie zgadzam się! – Fuknęłam – Ty też masz ten okropny syndrom ratowania świata? – Mówiąc to przed oczami miałam Itachiego - Idziesz ze mną!
            - Sakura… Przeginasz. W tym momencie idziesz tam, gdzie ci pokazałam. Ten samochód zaraz tu przyjedzie!
            - Ale...
            - Nie dyskutuj do cholery, tylko biegnij! – Krzyknęła i z przerażeniem spojrzała w zbliżający się do nas samochód, który pędził od strony centrum.
            Nie zrobiłam tego chętnie, ale ruszyłam się i zaczęłam biec. Chyba w dobrą stronę. Stres nie pomagał. Konan coś za mną nawoływała. A ja pędziłam przez ulicę, która na szczęście była pusta. Nagle dźwięk zbliżającego się samochodu był coraz bliższy. Przez ramię zauważyłam, że wyminął Konan i zaczął mnie ścigać. Przerażona wbiegłam na most. Całkowicie pomyliły mi się kierunki. Nie miałam gdzie uciec. Spanikowałam i stanęłam w miejscu. Załkałam. To koniec.
            Samochód w końcu zatrzymał się tuż obok mnie. Przez moment nikt z niego nie wychodził, a ja stałam osłupiała i chlipałam. To naprawdę koniec. W końcu drzwi otworzyły się, a z nich wyszedł wysoki mężczyzna. Nie musiałam się go pytać kim jest. Zbyt dobrze przypominał mi Itachiego.
            - Ojciec Itachiego – Szepnęłam i zilustrowałam mężczyznę od góry do dołu. Wyglądał niemal identycznie, pomijając bliznę na jego  twarzy oraz zmarszczki mówiące o dość sporym wieku.
            - Sakura Haruno – Powiedział i zamknął drzwi. – Nie sądziłem, że dasz się złapać tak szybko. Myślałem, że zajmie nam to więcej czasu.
            - Po co pan mnie szukał? – Zapytałam i wytarłam łzy z moich policzków.
            - Dla zasady. Mój syn je złamał, dlatego należy mu się kara – Odparł niewzruszony.
            - Nie wiem w jakim świecie pan żyje. Pana zasady są nienormalne. – Fuknęłam.
            - To uważa pani, że mój syn ma prawo bezkarnie zabijać moich pracowników oraz wspólnika? – Podniósł głos.
            - A czy to normalne zabijać kogoś po to, żeby dać synowi karę? – Zakpiłam – Nie wie pan, że to przyniesie odwrotny skutek?
            - Zapomni o pani tak szybko jak o innych. Mogę to pani zagwarantować.
            Zabolało mnie to. To ukucie w sercu przez moment zbiło mnie z tropu, ale może on chciał tylko wyprowadzić mnie z równowagi.
            - Nawet, jeśli nie jestem tą pierwszą to i tak nie ma prawa mnie pan zabijać.
            - A kto mi zabroni? – Zaśmiał się – Ty? Nikt cię nie znajdzie. Nikt nie rozpocznie śledztwa. Zmieniłaś tożsamość. Nikt cię tu nie zna, poza tą fioletową, którą też się zajmiemy. To może ja się ciebie spytam w jakim świecie żyjesz? Świat nie jest taki kolorowy.
            Nie odpowiedziałam. Stałam w osłupieniu niezdolna do niczego. Spojrzałam mu w oczy. Nie wyrażały jakichkolwiek emocji. Ten człowiek to psychopata zdolny do wszystkiego. Wciągnęłam powietrze i wyprostowałam się.
            - Zamierza się pan bawić w jakiegoś boga? Nie widzi pan tego, że Itachi pana nienawidzi? Nigdy nie chciałabym dopuścić do tego, żeby moje własne dzieci mnie niena…
            Mężczyzna uderzył mnie w twarz, a ja szybko złapałam się za pieczące miejsce. To naprawdę bolało. Poczułam złość.
            - Pozwoliłaś sobie na naprawdę dużo. Nie wiem, co mój syn w tobie widzi. Jesteś zbyt pyskata i rozwydrzona.
            - To Itachi nie ma prawa do miłości? – Fuknęłam powodując atak śmiechu u stojącego naprzeciwko mnie mężczyzny. Ja dalej patrzyłam się z determinacją prosto w oczy.
            - Nie rozśmieszaj mnie, bo jeszcze stwierdzę, że masz poczucie humoru – Powiedział po dłuższej chwili. – Czy ty w ogóle rozumiesz co to miłość? Wątpię.
            - Bardzo się pan myli. – Westchnęłam – Wiem, co to miłość. To chyba pan nie ma pojęcia, czym jest miłość. Proszę bardzo, niech mnie pan zabije. W porównaniu do pana umrę wiedząc, że kogoś kochałam i ktoś dalej będzie mnie kochał. Ale wie pan, co jest w tym najgorsze? Itachi zostanie sam z ogromnym bólem w sercu. Znienawidzi pana jeszcze bardziej. To go zniszczy.
            Ojciec Itachiego podniósł spluwę i skierował ją w moją stronę. A ja… a ja się uśmiechnęłam sama do siebie i spojrzałam do góry prosto w gwiazdy. Czekałam na strzał w moją stronę i ten okropny ból, który nie wydawał mi się już taki straszny. Zamknęłam oczy.
            Strzał nastąpił po chwili. Ale nic mnie nie zabolało. Nie poczułam nawet draśnięcia. Zszokowana otworzyłam oczy. Ojciec Itachiego był odwrócony w przeciwną stronę i chował spluwę.
            - Nie tylko ja na ciebie poluję – Wytłumaczył. – Nie jesteś tu bezpieczna. Mój syn musi się naprawdę postarać o to, żeby nic cię nie zabiło.
            - Ale… To pan mnie nie zabije? – Wyszeptałam. Byłam w szoku.
            - Nie. Jeśli to ma zniszczyć mojego syna tak jak mnie śmierć mojej żony, to wolę zostawić cię przy życiu – Westchnął i otworzył drzwi od stojącego przy nim czarnego samochodu – W końcu to mój syn... Może nigdy tego nie odczuwał, ale zawsze chciałem dla niego jak najlepiej. A tak przy okazji… Konto na którym były przechowywane pieniądze twojego ojca było puste. Ten.. kretyn naprawdę wszystko rozpieprzył. Myślę, że w ciągu kilku dni nic nie powinno ci już grozić. W końcu ten tatuaż na twoich plecach nic już nie znaczy…
            Zaśmiałam się. Wywróciłam głową i odsunęłam się od samochodu, po czym obserwowałam jak odjeżdża. Już nawet obecność trupa po drugiej strony ulicy nie mogła mnie wyprowadzić z równowagi. Żyłam.  I Itachi też. To było najważniejsze.





            Do mieszkania Konan wróciłam przed 7 rano. Było strasznie zdemolowane. Na szczęście większość rysunków Konan się uchowała. Konan nigdzie nie było. W mieszkaniu nie było drugiej komórki, żeby do niej zadzwonić. W sumie to nie wiedziałam nawet, czy ona ma jakiś numer. Nigdy nie widziałam jej z telefonem. Zmęczona rzuciłam się na kanapę, która teraz stała pod oknem, a nie na środku pokoju. Widocznie ktoś zaczął bawić się tutaj w simsy. Dobrze, że wyciągnęłam Konan do tej restauracji, bo to nie skoczyłoby się dobrze…
            - Konan! – Krzyknęłam sama do siebie. Zaklęłam. Przecież ta wariatka mogła wplątać się w jakąś bójkę i dalej mnie szukać o ile nic się jej nie stało. Przerażona wybiegłam z mieszkania nawet go nie zamykając. Nawet nie potrzebowałam kawy. To przerażenie od razu postawiło mnie na nogi. Nogi potwornie mi się plątały. Na drugim piętrze o mało co nie wywróciłam się ze schodów. Niestety na parterze potknęłam się ponownie i nie zdążyłam ponownie złapać się poręczy. Runęłam w dół, prosto w jakiegoś mężczyznę. Wywróciłam go na ziemię i przez przypadek walnęłam łokciem w twarz. To musiało boleć.
            - Przepraszam! – Krzyknęłam przerażona – Nic się panu nie stało? – Dodałam i wstałam. – Ja się spieszę, przepraszam… - chciałam biec dalej, nie czekając na jego reakcję, ale mężczyzna mocno złapał mnie ramię. Westchnęłam i z podirytowaniem spojrzałam w jego stronę. I mnie zatkało.
            - Ale.. jak? Co ty tu robisz? – Wypaliłam.
            - Sakura! Nic ci się nie stało? Gdzie ty byłaś? – Usłyszałam, że z parteru nawoływała do mnie Konan. Ale już mnie nie interesowała. Itachi tu był. Wrócił. Spełnił swoją obietnicę. Rzuciłam się na niego. Wtuliłam prosto w jego ramiona. Itachi objął mnie mocno i musnął ustami w moje czoło.
            - Wariatka. – Szepnął -  Moja wariatka. Twoja matka jest w Sydney. Za kilka dni nas odwiedzi.
            Nie odpowiedziałam. Wsłuchiwałam się w rytm jego serca, które było tak blisko.. Nie mogłam w to uwierzyć. To było zbyt nierealne. Zbyt proste.
            - To co teraz? – Zapytałam – Co będzie dalej?
            - Jak to co? – Zaśmiał się Itachi – Jedziemy do mnie. Przecież obiecałaś, że dasz mi dokończyć mój rysunek.
            - Że co? – Burknęłam – Po tym wszystkim ty chcesz tak po prostu… rysować?
            - Znajdźcie sobie inne miejsce na rozmowy – Fuknęła do nas Konan – Tu mieszkają inni ludzie. Jest siódma rano! Pobudzicie wszystkich!
            Zdenerwowana Konan podeszła do nas i walnęła Itachiego w plecy wskazując na zdenerwowanego mężczyznę, który właśnie schodził z trzeciego piętra, żeby nas opieprzyć.
            - Dzięki Konan – Powiedział ciszej Itachi – Za te dwa tygodnie. Odwdzięczę ci się już niebawem.
            - No ja myślę…
            - To my już idziemy. Masz już ten swój święty spokój. Baw się dalej grafiką!
            - A ty nigdy już o nic więcej mnie nie proś! Już chyba wyszłam z wprawy i takie nocne wypady to nie dla mnie – Zachichotała fioletowo włosa. – Dobra, idźcie już. Niech ja już was nie widzę.
            Zaśmiałam się i pomachałam do Konan. Puściła do mnie oko, po czym poszła po schodach na swoje piętro. Itachi złapał mnie za rękę i pociągnął za sobą w dół. A ja byłam szczęśliwa.





            - Jesteśmy na miejscu – Powiedział Itachi i wyszedł z samochodu. Też wyszłam, po czym z zachwytem spojrzałam na dom pod który podjechaliśmy. Mały, biały domek i wielki basen… Ucieszyłam się i uśmiechnęłam się do Itachiego.
            - Ładnie tutaj.
            Itachi nie odpowiedział, tylko odwzajemnił mój uśmiech i zaprowadził mnie do środka. Biały tutaj dominował. Z zachwytem rzuciłam się na wielką kanapę i zamknęłam oczy.
            - Ale jestem zmęczona – Szepnęłam – To była okropna noc. Nigdy więcej…
            - Martwiłem się o ciebie cały czas. Niestety przy opuszczaniu Japonii spotkały mnie małe kłopoty… Przez to przyleciałem tutaj dzień później.
            - Kłopoty? – Powtórzyłam i spojrzałam na niego.
            - Nic wielkiego. – Zaśmiał się – Nic mi się nie stało, nie widzisz? Jestem w całym kawałku.
            - A moja mama?
            - Też. W Sydney siedzi już od tygodnia. Ale nie mogłem wam tego przekazać, bo wtedy twoja matka byłaby w wielkim niebezpieczeństwie. Odwiedzi nas jeszcze w tym tygodniu, nie martw się o nią.   
            - Dziękuję – Szepnęłam w jego stronę – Nie wiem, jak ja ci się odwdzięczę. Tyle zrobiłeś dla mnie i dla mojej matki…
            - To właśnie ja spłaciłem dług, który u was miałem. – Powiedział Itachi i przy mnie przykucnął. – Mam nadzieję, że nigdy nie popełnię już takiego błędu.
            Zaczął bawić się moimi włosami, które miejscami zakręciły się w małe loczki.
            - Nigdy już nie uratujesz mi życia? – Zakpiłam
            - Nie. To nie tak – Dodał szybko – Chodzi mi o to..
            - No, o co? – Zaśmiałam się. Ale on dawał się wkręcać.
            - Przecież wiesz.. – Zdenerwował się i już chciał coś dodać, ale wpiłam się w jego usta. Itachi chyba nie wierzył w to, co się dzieje ale oddał mi pocałunek. Szybko go pogłębił i po chwili wziął mnie w swoje ramiona. Poczułam przypływ ciepła. Moje serce przyspieszyło. Przestałam myśleć. W mojej głowie był tylko on.
            Po chwili znaleźliśmy się na jego łóżku. Przez moment ogarnęło mnie wahanie. Nie wiedziałam, czy dobrze robię.  Ale po tym wszystkim, co się stało nie potrafiłam przestać o nim myśleć. Nie potrafiłam przestać mu ufać. Oderwałam się od niego przerywając pocałunek.
            Itachi zmrużył brwi. Po chwili jednak skulił się i odsunął.
            - Przepraszam.
            - Ale za co? – Zdziwiłam się. Nie podobało mi się to, że był tak daleko. – Chodź tutaj. Chcę mieć cię przy sobie.
            - Sakura? Ty naprawdę co do mnie czujesz?
            Jego pytanie było tak potwornie banalne, że nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Czy ja go kochałam?
            - A ty? – Wypaliłam.
            - Uciekłem z tobą tak daleko… Żaden normalnie myślący facet by tak nie zrobił dla pierwszej lepszej…
            - To ja nie jestem pierwszą lepszą? – Zapytałam cicho.
            - Nie… Jesteś moją Sakurą, na której bardzo mi zależy i dla której zrobię wszystko.
            - Nie opuścisz mnie nigdy?
            - Nie. Chyba, że  będziesz tego chciała. – Odparł i uśmiechnął się do mnie. Po chwili z powrotem był przy mnie a tak właściwie to nade mną. Nasze oddechy  były nierówne. Przybliżył się do moich ust.
            - Naprawdę mnie chcesz? – Wymruczał mi do ucha. Ja oblałam się rumieńcem i spojrzałam prosto w jego czarne oczy.
            - Chciałabym zrobić ci na złość i powiedzieć ‘nie’. Ale czuję coś zupełnie innego.   
            Po tym Itachi przytulił mnie i pocałował mnie w policzek. Zamknęłam oczy. Zaczął delikatnie muskać ustami mój policzek i ramię. Dłonią błądził po moich plecach, aż w końcu zatrzymał się na pośladkach, które lekko ścisnął. Ja cicho westchnęłam i otworzyłam oczy, żeby  ujrzeć jego uśmiech. Itachi z powrotem powrócił do pocałunku, skrył swoje dłonie pod moją koszulką i powędrował do moich piersi. Pieścił ustami mój dekolt i szyję. Po chwili powrócił do moich ust, z których wydobyło się pojękiwanie. Ręka Itachiego znowu zmierzała w dół. Przegryzłam wargę. Itachi pomógł zdjąć mi bluzkę. Zarumieniłam się, gdy zaczął bawić się ramiączkiem od stanika. Stanik też szybko wylądował na ziemi. Gdy Itachi zaczął masować jedną z moich piersi zatraciłam się w przyjemności. Itachi przegryzał ją, a ja zaczęłam gładzić jego plecy.  Usta Itachiego zaczęły pracować bardziej zmysłowo, bardziej namiętnie. Pieścił mnie wszędzie. Mój oddech stał się szybszy. Naprężyłam mięśnie. Itachi ponownie zaczął mnie całować i dotykać, ale w zebrałam się w końcu na odwagę i odepchnęłam go na plecy. Razem z Itachim zdjęłam jego koszulę po czym zaczęłam całować jego tors. Pieściłam go, dotykałam. Itachi był zadowolony.  Ale w pewnym momencie znowu leżałam pod nim, a Itachi złapał mnie za pośladki. Szybko pozbył się moich spodni i majtek. A ja spojrzałam mu prosto w oczy. Nie musiałam nic mówić. Z wahaniem rozchyliłam uda. Całkowicie się mu oddałam.
            Itachi powrócił do pocałunku. Z piersi zjechał na mój brzuch, a później podbrzusze. Gdy zaczął mnie pieścić w miejscu, które nigdy nie było dostępne dla żadnego mężczyzny mój oddech stał się przeciągły, głośny i gwałtowny. Itachiego to pobudziło. Nie wiem, kiedy zdjął spodnie, ale w gdy zauważyłam jego przyrodzenie to czując niepokój spojrzałam w jego oczy.
            - Itachi.. Ja nigdy..
            - Wiem – Szepnął i musnął mnie w najczulszy punkt za uchem, po czym przegryzł małżowinę.
            - Chcę tego.
            Nie musiałam dłużej czekać. Itachi złapał mnie za moje uda i przyciągnął. Ja wstrzymałam oddech. Wszedł we mnie bardzo powoli i ostrożnie, nie chcąc sprawić mi bólu. Moja twarz i tak się skrzywiła, bo czekałam na ten bolesny moment. Itachi przybliżył się do mojego ucha i zaczął  prosić, żebym się nie bała, żebym się rozluźniła. Znowu mnie pocałował. Poczułam, że był głębiej. Poczułam też bardzo nieprzyjemny ból. Syknęłam. Itachi lekko się poruszył, a ja jęknęłam. Mimo tego bólu zaczęłam czuć rozkosz. Chwyciłam go za kark i wbiłam się w niego paznokciami. Itachi zaczął wykonywać coraz głębsze i szybsze ruchy. Ból zaczął ustępować. Mój głęboki oddech zamienił się w jęki, które z sekundy na sekundę stawały się coraz bardziej odważne. W pewnym momencie straciłam kontakt z rzeczywistością. Nie chciałam, żeby Itachi przestawał. To było takie przyjemne. Itachi był coraz bardziej odważniejszy. Widziałam, że też odpłynął. Jego oddech był bardzo szybki. W pewnym momencie z jego ust też wydobył się jęk. Po chwili po moim ciele przeszły rozkoszne dreszcze.
            W końcu opadł obok mnie. Wtuliłam się w jego tors, a on objął mnie mocno. Poczułam się bezpiecznie. Cicho zamruczałam, gdy znowu zaczął składać pocałunki na mojej szyi.
            - To jak, Sakura? Jutro dokańczamy mój rysunek? – Odezwał się ochrypłym głosem.
            - Pewnie – Uśmiechnęłam się do niego – A po jutrze możemy zacząć rysować nowy.
            Itachi zaśmiał się i przymknął oczy. Był niesamowicie zmęczony.
            - Kocham cię – Powiedział.
            - Mam już dać ci spokój – Zachichotałam – Pan Uchiha chce spać?
            - W końcu musimy mieć siły na jutro – Zamruczał mi do ucha. – Czeka nas bardzo przyjemny dzień.
            - To wiadomo – Odparłam i wtulona w jego tors zasnęłam z uśmiechem na ustach.



Koniec.


W końcu ją skończyłam ^^  Przyznam się szczerze, że nie jestem do końca zadowolona z zakończenia. Wolę bardziej dramatyczne końcówki, ale gdybym uśmierciła kogoś, kogo bardzo lubimy, to chyba nie skończyłoby się dla mnie dobrze :D Niestety planuję w najbliższej przyszłości zająć się taką partówką i chciałabym ją tutaj umieścić... ;) 
Dzięki za czytanie! Buziaki :*

niedziela, 1 czerwca 2014

Never Let Me Go (ItaSaku) cz.1

6 komentarzy:
               
Dla Angel ~~


                     Z niepokojem patrzyłam na siedzącą naprzeciwko mnie nauczycielkę. Widziałam jej wahanie. Nie mogła podjąć tej ostatecznej decyzji. W końcu z przybitym wyrazem twarzy spojrzała na mnie, a ja już wiedziałam, jaka będzie jej odpowiedź.
            - Sakura… Wiem, że robiłaś naprawdę wszystko co w twojej mocy, ale nie mogę dać ci pozytywnej oceny. Niestety widzimy się w sierpniu. – Dodała i odłożyła mój test.
            Nie próbowałam już jej prosić o kolejną szansę na poprawę. To nie miało sensu. Nie rozumiałam fizyki i nie potrafiłam załapać niczego, co przerabialiśmy. Ten materiał mnie przerósł i udupił, jak mawiała moja przyjaciółka, Temari.
            - Dasz radę, Sakura. – Podnosiła mnie na duchu pani Tsunade, nauczycielka fizyki – Ważne, żebyś się nie poddała i dalej walczyła.
            Przestałam jej słuchać. Miałam już dość tego koszmaru. Wybrałam fizykę, bo była mi potrzebna na studia. Ale życie nie zawsze jest piękne i często płata figle, jak w moim wypadku.
            Nazywam się Sakura. Sakura Haruno. Mieszkam w najgorszym miejscu, jakie może istnieć. W Konoha. Przeprowadziłam się tutaj dawno temu z moją mamą. Wtedy byłam zachwycona. Wielki dom z ogrodem, którego nigdy nie miałam. Cisza, spokój. Totalna odmiana po centrum Tokyo. Ale gdy dorosłam, to zaczęły do mnie docierać zasady panujące w tym mieście. Do tego stopnia mnie przeraziły, że postawiłam sobie cel – wyjadę i nigdy tu nie wrócę. Jednak był problem – a nawet dwa. Mama, jakby nie zauważając tego, co dzieje się wokół niej nawet nie przyjmowała do wiadomości przeprowadzki z powrotem do Tokyo. Dlatego byłam skazana tylko na siebie, a do tego były mi potrzebne studia. Studia z dala od tego miasta, najlepiej  na drugim końcu Japonii.
            Niestety mój problem z fizyką wszystko przekreślił. Moje ambicje mnie zniszczyły. Postawiłam na medycynę. I poległam. Dlatego teraz czekał mnie sierpień i jeszcze jeden rok w tym miejscu. To było jak jakiś koszmar na jawie.
            W domu czekała na mnie mama. Nie była na mnie zła. Wyczuwałam napięty nastrój, który panował u nas już od kilku miesięcy, ale nie zamierzała robić jednej z wielu awantur, które ostatnio przechodzimy.
            - Uda ci się – Powiedziała. – Znajdziesz sobie korepetycje i skupisz się tylko na fizyce. Wierzę w ciebie – Dodała. – A, że wyjeżdżam na te szkolenie do Korei, będziesz miała cały dom tylko dla siebie przez większość wakacji. W końcu na to czekałaś.
            Tak, czekałam. Ale planowałam wtedy zacząć świętować wolność, jaką były wakacje bez komisyjki, a nie dalej siedzieć w tych pieprzonych książkach. Ech… Życie.
Nie poszłam na zakończenie roku. Temari od razu do mnie przyszła. Zaczęła mnie pocieszać, ale nie dałam rady tego słuchać. Rozpłakałam się. W końcu to była moja przyjaciółka od czasu, kiedy tu przyjechałam. Miałyśmy razem studiować. Razem wynajmować mieszkanie. Razem wyjechać!
            - Pomogę ci – Zaczęła – Załatwię ci najlepsze korki w mieście. Mój brat brał kiedyś korki u pewnego chłopaka. Dzięki temu zdał wszystko bez najmniejszych problemów.
            - Ale i tak nie wyjechał.
            - No niestety. – Dodała ciszej.
            Brat Temari, Gaara, był jedną z wielu osób, które tak samo jak my chciał opuścić Konohę. Ale nie opuścił. Bo zaakceptował zasady, które tu panowały. Dołączył do   n i c h  . Rodzina Temari nie rozumiała tego i nie potrafiła tego zaakceptować. Poza tym dzięki tym niebezpiecznym powiązaniom zaczynali mieć nie małe problemy.
            Konoha to jedno z najbardziej skorumpowanych miejsc, jakie istnieją. Liczą się tu znajomości i pieniądze. Dla pieniędzy każdy tu zabije. Fotel burmistrza to tylko przykrywka. Burmistrz, szantażowany przez    n i c h   robił to, co chcieli. Dawał    i m   bezkarność. A to niszczyło wielu ludzi. Wyniszczało rodziny.
Miastem rządziły dwie organizacje. Dwie organizacje, nienawidzące się nawzajem toczyły zawziętą wojnę. Nie znali granic. Nie znali litości. Dlatego się bałam. Wiele osób, jak brat Temari, dołączało do jednej ze stron. To skreślało ich szansę na wyjazd stąd na zawsze. W końcu dołączając do nich stawałaś się jednym z nich. A   i c h  się nie opuszcza.
            Nie ufałam Gaarze. Mimo, że miał wytłumaczenie to nie mogłam mu zaufać. Mawiał, że dzięki temu chciał zapewnić bezpieczeństwo jego rodzinie. Dzięki temu organizacja, do której się przyłączył tylko bardziej się nią zainteresowała. I rodzina Temari zaczynała się sypać. Dosłownie.
            - Sakura, jesteś dla mnie jak siostra. Nie zostawię cię tutaj. Nigdy – Obiecywała. A ja jej wierzyłam i zaufałam. W końcu to Temari.
           




            Początkowo odmawiałam korepetycji, które mi proponowała. Już sam fakt, że były powiązane z jej bratem bardzo mnie odrzucał. Jednak moja mama uznała, że to bardzo dobry pomysł. Sądziła, że skoro Gaara dał radę dzięki nim, to ja też mogę. I tak się zaczęło.
            Pierwszy dzień korepetycji zaczął się dwa dni po zakończeniu roku. Niedziela. Późne popołudnie. Było bardzo gorąco. Powoli w zielonej, letniej sukience szłam na osiedle na którym mieszkał chłopak, który miał mi pomóc. Deidara. Temari opisywała go jako blondyna w włosach spiętych w kitkę. W ogóle się nie cieszyłam. Uznałam to za stratę czasu i pieniędzy. Poza tym, jeśli Deidara miał powiązania z  kimkolwiek z   n i c h… To byłbym w dupie. Znowu.
            Czekał na mnie przed domem. Pomachał mi i z uśmiechem na twarzy zaprowadził do jego domu. Było tam bardzo przyjemnie. Było zimno, bardzo zimno. Od razu poprawił mi się humor. Mu chyba też, bo cały czas się do mnie uśmiechał. Mówił też o tym, że damy radę i egzamin w sierpniu będzie tylko rozgrzewką przed  tym, co będzie czekać mnie na studiach. Nie wiem, czy wierzył we mnie na poważnie, czy nie, ale podniosło mnie to na duchu. I po raz pierwszy od ponad dwóch miesięcy wzięłam się do roboty.
            Pierwszy tydzień był koszmarny. Wyszło wtedy, że nic nie wiem i jestem jednym wielkim nieogarem. Wstydziłam się za to, ale Deidara nie zwracał na to uwagi. Bardzo się mu podobałam i nie chciał stracić takiej okazji. Dla mnie to było bez znaczenia. Mógł sobie walić tyloma tekstami ile chciał. Miał mnie nauczyć fizyki. A ja miałam zdać. I tyle.
            Niestety Deidara nie należało świętych osób. Szybko to zrozumiałam. Lekcje brałam wczesnymi popołudniami, albo jeszcze szybciej. Tłumaczył się pracą na nocnej zmianie. Nie wierzyłam mu, bo go widziałam. Widziałam go z jednymi z  n i c h. To był ten z tych dni, kiedy spacerowałam późno ulicami miasta. Nie powinnam tak robić. To niebezpieczne. Ale gdy nie widzicie sensu swojego życia i jesteście załamane to nie martwicie się o swoje bezpieczeństwo.
Spacerowałam wtedy w pobliżu mojego ulubionego parku. Obserwowałam gwiazdy. Tylko w parku były tak dobrze widoczne, bo  tylko tam było tak ciemno. Pamiętam czarne samochody. Był chyba jakiś pościg. Było ich bardzo dużo. Wystraszyłam się. Pamiętam, że skuliłam się przy jakiejś ławce i udawałam, że mnie tam niema. Ale to było głupie. Nigdy nikomu o tym nie powiem. W pewnym momencie ciszę przerwał czyjś głos. Nie rozumiałam za bardzo tego, co mówił, ale widziałam osobę do której należał. Deidara. Wyszedł wtedy z samochodu i wyrzucił coś do kosza. Jakieś zawiniątko. Po tym szybko wsiadł do samochodu i odjechał.
Bardzo  mnie to zabolało. Miałam wtedy zrezygnować z lekcji i znaleźć kogoś innego. Moja podświadomość krzyczała do mnie, żebym to zrobiła. Ale mama i Temari rozwiały moje obawy. I dalej chodziłam do Deidary nieświadoma tego, co się szykuje.

           



            - No to kolejne zadanie – westchnął Deidara. Czasem byłam bardzo męczącą uczennicą. Współczułam mu. Kompletnie nic nie wchodziło mi do głowy. – Oblicz maksymalne napięcie na uzwojeniu pierwotnym. Ech.. Do tego zadania masz obrazek, Sakura. O tutaj – wskazał palcem na arkusz, który przerabialiśmy. A ja tylko wywróciłam oczami.
            - Dasz radę, przed chwilką robiliśmy podobne zadanie. – Spróbował się do mnie uśmiechnąć, ale zmęczenie było silniejsze.
            - Mów sobie, mów. Ja już się dawno poddałam, Deidara. Nie rozumiem tego.
            - Sakura.. Dla ciebie nie ma rzeczy niemożliwych. To jedziemy z tym koksem. Patrz, tu masz wzór na uzwojenie wtórne. To wiele ci pomoż..
            Przerwał mu dzwonek do drzwi. To nowość podczas naszych lekcji. Deidara podskoczył i zdziwiony wyszedł z pokoju w którym udzielał mi lekcji. Bardzo mnie ciekawiło, kto był jego gościem. Jak na Deidarę to było dość podejrzane. W końcu mu nie ufałam. Gdy tylko zauważyłam, że zostawił uchylone drzwi… Uśmiechnęłam się do siebie. Szybko wyszłam z pokoju i znalazłam się na długim korytarzu. Pobiegłam na palcach jak najbliżej schodów, po czym przykucnęłam. Nie widziałam osoby, która zaczęła rozmawiać z blondynem, ale to miejsce było idealne na podsłuchiwanie. Deidara nie mówił za dużo. Z tonu głosu osoby, która go odwiedziła wynikało jedno – dostawał nie mały opieprz.
            Ale nie trwało to długo. Mężczyzna w końcu ściszył głos i po chwili znalazł się w środku.
            - Nie możemy tego spieprzyć. Nie dzisiaj. – Warknął – Odpowiadasz za to, Deidara.
            - Rozumiem. – Odpowiedział mu blondyn.
            A ja byłam ciekawa, kim był ten gość. Nie bałam się tego, że mnie przyłapią. Nie brałam nawet tego pod uwagę. Po prostu chciałam wiedzieć, kim on jest.  Lekko wychyliłam się zza schodów, które były świetną kryjówką. Ale nie widziałam mężczyzny dokładnie. Był młody. I bardzo zdenerwowany. Miał świetną sylwetkę. Zwykła biała koszula, ciemne spodnie. Wyglądał jak z jakiejś mafii. W innym miejscu potraktowałabym to jak jakieś zabawne skojarzenie. W pewnym momencie mężczyzna podszedł bliżej Deidary. Wtedy stanął do mnie bardziej tyłem, a ja zobaczyłam jego czarne jak noc włosy. Były mu do ramion. Podenerwowany ton mężczyzny lekko ucichł, po czym mężczyzna poprawił koszulę i wyszedł zostawiając Deidarę samego sobie. A ja zaczęłam się bać. Dopiero teraz do mnie dotarło, że byłam świadkiem czegoś złego i niebezpiecznego i ,że to może się dla mnie źle skończyć.

            Deidara był bardzo wkurzony. Tłumaczyłam mu, że byłam w toalecie. Nie uwierzył mi. Boję się, że mnie zauważył. Dlatego dzisiejsza lekcja skończyła się bardzo szybko. Ja jeszcze szybciej opuściłam jego dom. Na zewnątrz było bardzo ciepło. Na szczęście miałam na sobie zwiewną, różowo-turkusową sukienkę. I miałam przy sobie moje przeciwsłoneczne okulary. Żyć, nie umierać. Gdy tylko opuściłam osiedle Deidary to zwolniłam i skierowałam się do pobliskiego parku. Może i nie cierpiałam Konohy, ale park, który się tutaj mieścił był cudowny. A w taką pogodę jak ta był jeszcze piękniejszy.
Spacerowałam główną alejką i mijałam wielu ludzi. Byli bardzo uśmiechnięci, wielu z nich się śmiało. Albo nie mieli świadomości tego, co dzieje się w tym mieście, albo się z  tym już pogodzili. Ja nie potrafiłam. Nie mogłam. Byłam za słaba, żeby z tym walczyć. Jednak w tym momencie nie zamierzałam zaśmiecać sobie głowy nerwami. Poza tym zauważyłam Temari, która widząc mnie, zaczęła biec w moją stronę. Zapowiadał się bardzo miły wieczór.
Temari opieprzyła mnie. Ponoć dzień wcześniej minęłam ją i w ogóle nie zwróciłam na nią uwagi. Po tym zaczęła opowiadać o jakimś chłopaku, którego poznała  kilka dni wcześniej na jakiejś imprezie.
- Czuj się zaproszona. Z chęcią przedstawię cię tym ludziom – Zachichotała. Nie podobało mi się to.
- Nie. Nie obraź się, ale nie przyjdę.
- Ale dlaczego? Przecież ty oszalejesz od tej fizyki. Musisz się w końcu rozerwać! – Drążyła dalej blondynka. – Proszę. Chociaż raz.
Nie chciałam się na to zgadzać, ale za dobrze znałam Temari. Wiedziałam, że nie da mi spokoju i z sekundy na sekundę będzie jeszcze bardziej irytująca.
- Niech ci będzie. Ale idę  tam tylko jutro i nigdy więcej. – Westchnęłam i oburzona odwróciłam się od niej.
- Sakura, będzie fajnie. Zobaczysz. Poza tym poznasz Shikamaru..
- Kogo? – Zdziwiłam się słysząc zupełnie nowe imię. Zawsze latała za jakimś Shoko a tu proszę, w końcu ktoś inny.
- To ja mogłam tak od razu – Zachichotała. – Jest strasznie przystojny. I świetnie  tańczy. Musisz go poznać.




Było bardzo późno. Wiatr rozwiewał moje włosy na wszystkie strony. Robiło się zimno. Nie miałam przy sobie nic, co mogłabym na siebie narzucić, dlatego strasznie marzłam. Temari też zaczynała narzekać, dlatego w końcu się rozeszłyśmy. Ona poszła od razu do domu najkrótszą drogą,  jaką znała. Ale ja musiałam przejść się parkiem. To było silniejsze ode mnie. Spacerowałam znowu główną alejką. Księżyc odbijał się w wodzie, która otaczała moją alejkę. Gwiazdy potęgowały tylko ten magiczny efekt. Jak byłam mała to wyobrażałam sobie, że jestem królową wróżek. Teraz to wspomnienie tylko wywoływało głupi uśmiech, ale gdybym była z powrotem mała i się tutaj znalazła… Chyba padłabym na zawał z wrażenia.
W mieście panował podejrzany spokój. Ale nie opuszczałam parku, za bardzo mi się tutaj spodobało. Poza tym mama wyjechała dzień wcześniej. Nie bałam się tego, że będzie na mnie czekać z kolejną awanturą. Nigdy nie podobało się jej to, że późno wracam. Teraz nie miała nic do gadania.
Wdychałam zimne powietrze, od którego dostawałam gęsiej skórki. Zdjęłam moje przeciwsłoneczne okulary. Całkowicie o nich zapomniałam. Zawiesiłam je na sukience i opuściłam park. Wiatr się nasilił. Zawiało mocniej, a ja się wzdrygnęłam. Chyba zbliżała się burza. Gdy na horyzoncie pojawiło się kilka błyskawic zrozumiałam, że naprawdę muszę się pospieszyć. Wiatr nasilił się jeszcze bardziej. Sukienka latała mi na wszystkie strony. Nerwowo zachichotałam. Bałam się burzy tak samo, jak bałam się tego miasta. Niemalże biegłam. Poczułam, że zaczyna kropić. Zaklęłam.
Skręciłam w ulicę prowadzącą do mojego domu. Szłam bardzo szybko. Kropli deszczu było coraz więcej. I nagle oślepiło mnie światło. Zza zakrętu wyjechały trzy samochody. Trzy czarne lamborghini przeraziły mnie. Zwolniły. Ale ja dalej szłam szybko. Zaczynało padać. Mimo, że ulewa dopiero się rozpoczynała to byłam już cała morka. Trzy podejrzane samochody minęły mnie nie zatrzymując się. Słyszałam już wiele opowieści o porywanych dziewczynach. Znowu zaklęłam. Gdy samochody zniknęły za kolejnym zakrętem to pobiegłam pod drzwi, po czym z ulgą znalazłam się w środku.
                       




Było mi potwornie zimno. Na dworze był istny koszmar. Strasznie lało i błyskało. Wyjęłam wszystko z kontaktów i przerażona burzą siedziałam przy oknie i obserwowałam błyskawice, których tak bardzo się bałam. Może i były przerażające i śmiertelnie niebezpieczne, ale były piękne. Gdy znowu zagrzmiało wzdrygnęłam się i spanikowana spojrzałam na zegarek wiszący na ścianie. 1:24. Od razu ziewnęłam. Ale zamierzałam przeczekać burzę, dlatego  wróciłam do spoglądania przez okno.  To bardzo nudne zajęcie, ale nie byłabym w stanie zasnąć.
Ulice były puste. Ale te trzy samochody, które mnie minęły nie dawały mi spokoju. Wiem, że nie powinno mnie to dziwić. To normalne dla Konohy. Jednak nie rozumiałam, dlaczego tutaj. Dlaczego moja ulica?
Powodowało to u mnie duży lęk. Coś mi mówiło, że to przez te lekcje u Deidary. Bałam się, że  faktycznie ktoś mógłby się mną zainteresować. Ale teraz już było za późno na zmianę korków i szukanie innych. Miałam cel, którym był wyjazd z tego miasta. I nie mogłam się poddać tylko przez jakąś głupią fizykę.
Nagle obok mojego domu znowu przejechał samochód. Znowu czarne lamborghini. Widząc to momentalnie schowałam się pod parapetem. Po dłuższej chwili zdobyłam się na odwagę i wychyliłam się spod niego. Czarny samochód stał niedaleko mojego domu po stronie sąsiadów. Nikt z niego nie wychodził. Zaczęłam się trząść. Drzwi samochodu otworzyły się. Od strony kierowcy wysiadł jakiś srebrnowłosy mężczyzna. Jego ciemna, skórzana kurtka od razu zaczęła błyszczeć się od spadających na nią kropli deszczu. Po drugiej stronie też ktoś wyszedł. Był nim drugi mężczyzna, którego nie widziałam już tak dobrze. Miał długie, czarne włosy. Tylko tyle zdołałam zauważyć, bo po chwili obaj zniknęli na podwórku sąsiada.
Nie odchodziłam od okna. Dalej sparaliżowana spoglądałam w ich stronę nie zdolna trzeźwo myśleć. Wiedziałam, że coś się stanie. I wiedziałam, że za to zapłacę. Strzał. I krzyk. Później kolejny. Wciągnęłam powietrze. Byłam świadkiem czegoś złego. Morderstwa? Prawdopodobnie tak. Zszokowana oparłam się o ścianę. Słyszałam dźwięk odpalanego samochodu i otwieranych drzwi. Jedne się zamknęły, jednak czegoś  mi brakowało. Drugie drzwi się nie zamknęły. Ciekawość była silniejsza. Ostrożnie podeszłam do okna. Podskoczyłam. Ten drugi mężczyzna stał przed samochodem i z uśmiechem trzymał spluwę. Z zadowoleniem spoglądał w stronę domu mojego sąsiada. Trzymał jakąś walizkę. I nie wiem, co mnie podkusiło, żeby bardziej się wychylić, ale on spojrzał na mnie. Prosto w moje oczy. Zauważył mnie. 



 ~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Nie skończyłam jeszcze „Sztuki miłości” i przyznam się bez bicia – nawet nie zaczęłam jej pisać :) Dlatego zacznę już drugą jednopartówkę, może w trakcie przepisywania dostanę choć trochę weny.
Dziękuję wytrwałym za czytanie :*

Etykiety:

FugaMiko (4) Hinata (1) Itachi (7) ItaSaku (55) ItaSasu (1) KakaAnko (1) KakaSaku (2) MadaSaku (2) MadaSakuIta (2) Minakushi (2) Naruto (1) Sakura (8) Sasosaku (2) SasuIno (1) Sasuke (5) SasuSaku (2) yaoi (1) Zamówienie (25)
layout by Sasame Ka