czwartek, 6 marca 2014

PSYCHODELA 2

4 komentarze:

9 ŻYĆ!

Cz. I

„ODLOT”

     Ocknąłem się w wielkim bardzo wygodnym fotelu w mrocznym nieznanym mi pomieszczeniu. Podrapałem się po czole i poczułem zimną ciecz. Zamrugałem kilkakrotnie powiekami, dostrzegłem na wewnętrznej stronie mojej dłoni ciemną substancje. Był tylko jeden sposób, aby się upewnić, co kapało z moich rąk. Przyłożyłem palec niepewnie do swoich warg, rozchyliłem je. Czy na pewno tego chce? A jeśli to trucizna? Walić to. Język przejechał po kciuku i w moich ustach rozszedł się bardzo niemrawy, aczkolwiek mocny smak pozostawiający metaliczny posmak. To była krew... Moja? Przecież nie odczuwałem bólu. Czy istniała możliwość, że byłem tak nafaszerowany narkotykami, że nie wiedziałem, co się dzieje z moim ciałem?

Za moimi plecami rozległ się harmonijny dźwięk wiatru. Brzmiało to tak, jakby się dmuchało w butelkę, a czasami, jakby ktoś zagwizdał. Drażnił moje bębenki uszne. Ten hałas wbijał się w moje uszy, jak igła od strzykawki, która zaraz ma ukraść krew płynącą w moich żyłach. Przedostawał się do mojego mózgu, dźgał go przyprawiając mnie o cholerną migrenę. Ból... Hałas... Igła... Wyobraziłem sobie przed oczami, jak kroją moją czaszkę malutką piłą tarczową, rozpoczynając od kości czołowej kończąc na ciemieniowej. To jak ściągają jej część wraz z włosami i zakradają się do mojego mózgu. Nie wiem kto to, widziałem przed oczami wyłącznie ręce schowane w białych rękawiczkach. Ręce kogoś, kto genialnie mieszał mi w bani.

Nie... Na pewno nie... Wstałem, choć tylko na sekundę, bo przyciąganie ziemskie nagle stało się znikome i oderwałem się od betonu. Lewitowałem kilkanaście centymetrów nad podłogą. Spełniłem życzenie chyba każdego dziecka na ziemi. Po prostu latałem odczuwając niesamowite uczucie wolności. Wiem, że towarzyszył mi przy tym przerażający śpiew wiatru oraz straszna migrena, a w głowie cały czas odtwarzałem swoją mózgownicę, w którą wchłaniają się wielkie igły, ale to nie zniszczyło mi tej satysfakcji. Mogłem latać! Tego jeszcze nie udało się nikomu dokonać...

Moja radość szybko zniknęła, gdy poczułem krople opadające na moje ciało. Myślałem, że to woda... Albo inaczej... Pragnąłem, aby to była woda. Mając zamknięte oczy bardzo powoli podniosłem głowę do góry. Byłem facetem, ale to nie zmieniało moich emocji. Bałem się, byłem przytłoczony własną wyobraźnią. Stopniowo otwierałem powiekę w prawym oku...

Nabrałem mnóstwo powietrza w płuca, jakbym chciał zrobić zapas na całe życie. Moje oczy otworzyły się mimowolnie, a przez powieki przeszły sznurki, które przymocowały je do moich brwi. Wbijały się w moją skórę, jakbym był zwykłym ubraniem pod opieką krawcowej. Chciałem krzyknąć, ale powietrze w moich płucach mi na to nie pozwalało. Zatkało mnie i chociaż miałem otwarte usta, chociaż się wysilałem to nie mogłem wypuścić z siebie, ani głosu, ani zawartości płuc. Po moim ciele przeszedł kłujący ból tysiąca igieł. Igły... Dlaczego wszystko musi mi się kojarzyć z nimi?

Nad moim lewitującym, zamierającym ciałem wisiały zamarznięte zwłoki oberwane ze skóry. Krew kapała na mnie, bo zabarwiony lód topniał. Widziałem mięśnie, ścięgna, czasami kości. Widziałem czaszkę, dziury w miejscu gdzie powinien być nos. Dostrzegłem nawet gałki oczne uciekające z twarzy...

„Weź się w garść... Itachi weź się w garść! To nie pierwszy raz, gdy widzisz coś takiego. Nie pierwszy i za pewne nie ostatni. Nigdy nie będziesz wolny, więc proszę Cię rusz się zanim przyłączysz się do nich!” - rzucałem sobie w myślach różne rozkazy.

Moje oczy zaczęły łzawić, a obraz zaczął się zamazywać. Nie mogłem mrugnąć, więc traciłem stopniowo wzrok. Zaraz moje oczodoły wyschną, a ja za pewne zostanę pojmany przez to coś, co potrafiło wydawać z siebie nuty wichru.

Muszę dolecieć do wielkich drzwi, które mnie stąd uwolnią. Tylko, jak to zrobić, gdy całe Twoje ciało odmawia posłuszeństwa? Jako ludzie nawet nie musimy myśleć, aby iść. Idziemy, bo jest to naturalne. Nie mówimy do siebie: „Rusz się prawa nogo, teraz Ty lewo dołącz do niej!”. W normalnych okolicznościach nie mówimy... W takiej chwili, w jakiej się znalazłem musiałem powtarzać to na okrągło, do każdej kończyny przyłączonej do mojego torsu, aby łaskawie mnie posłuchały i zaczęły uciekać.

500 razy... Tyle razy wypowiedziałem w głowie: „To moje ciało”, zanim zadziałało. Naprawdę ponownie stałem się władcą swojego naczynia, odzyskałem dech w piersiach, a szwy mocujące moje powieki do czoła po prostu się rozpuściły. To moja szansa. Głośny gwizd stał się teraz znacznie dramatyczniejszy i „wyższy”, a krople krwi zaczęły padać, niczym ulewa w jesienne popołudnie. Zbliżałem się do wielkiej bramy i nikt mnie nie powstrzyma. Nie dam się zatrzymać.

Z każdym pokonanym metrem one otwierały się szerzej. Chciały mnie uwolnić, pomagały mi. Wiem, że dam radę. Machałem kończynami nad ziemią, niczym nurek w głębokim morzu. Pływałem w powietrzu – jakkolwiek absurdalnie to brzmi. Dostrzegłem jasność. Potężne rażące moje zranione oczy źródło światła... Wziąłem oddech i wyleciałem z pomieszczenia.

Znalazłem się z powrotem na podłożu. Grawitacja powróciła do normy. Drzwi za moimi plecami się zatrzasnęły, a straszliwy ból głowy minął. Wyszli z mojego umysłu, opuścili go. Ponownie byłem sam ze swoimi myślami, chociaż coraz bardziej wątpiłem czy mogę być tego pewien. Chyba nie jestem sam. Obserwują mnie... Inwigilują każdy mój ruch. Nigdy nie będę sam.

Podniosłem się otrzepując z piasku, który przyklejał się do mojego ubrania przesiąkniętego krwią nieznanych mi ludzi. Czy byłem w Piekle? Sam się nad tym zastanawiałem.

Usłyszałem rozruch silnika samolotu, a po chwili nabierające tempo śmigło. Nie podobało mi się to, bo zazwyczaj przerwanie ciszy zawsze oznaczało kłopoty. Koniec przerwy, a strasznie brakowało mi chwili na odpoczynek. Nie mogłem się zastanowić.

Z piaszczystego podłoża wysunęły się korzenie białej brzozy. Oplotły mnie wokół kostki, po czym zastygły. Ku*wa… Stary, zardzewiały, w niektórych miejscach dziurawy samolot spokojnie obrał mój kierunek. Piorunująco szybkie śmigło wołało mnie do siebie. Dosłownie krzyczało moje imię: Itachi!!! Nie… To nie możliwe... Jakim cudem ten złom w ogóle działa?!

Itachi... Itachi... Itachi!!

Był już bardzo blisko mnie. Nie chce umierać. Nie rób mi tego ponownie... Nie... Uderzałem zaciekle rękoma w korzenie, starałem się je pokonać, ale naruszyłem wyłącznie korę. To ja byłem największą ofiarą. Z moich dłoni ciekła krew, tym razem moja. Pod skórę wbijały się drzazgi.
Nie chcę zginąć! Krzyczałem na cały głos, ale w okolicy nie było nikogo kto mógłby mi pomóc. Nigdy nie było. Nikt mnie nie rozumiał, byłem samotnym strzelcem.
Paznokieć wszedł pod korę, po czym pękł.
AaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaA!!!!!!!
Nie zniosę tego dłużej. Nie zniosę... Ile tortur może wytrzymać człowiek? Ile musi jeszcze stracić, aby to wszystko się skończyło?!
Błyskotliwie obracające śmigło uderzyło w moją głowę roztrzaskując moją czaszkę na kilka kawałków. W koło rozlała się krew... Zostałem kupą zmielonego mięsa.

„METRO”

     Zbiegłem po schodach do podziemnego metra, gdzie miał czekać na mnie pociąg. Nie spóźniłem się. Miałem jeszcze kilka minut. Dokładnie tyle ile potrzebowałem na wzięcie kilku spokojnych oddechów. Tam spotkam się z ukochaną i razem wrócimy do domu. Tak! Ona zawsze na mnie czeka... Wiem, że nigdy mnie nie zostawi, chociaż nie ma ze mną lekko.

Wychyliłem się zza filaru spoglądając na ławkę, gdzie miała na mnie czekać. Dziwne. Nie było jej. Nigdzie nie widziałem swojej ukochanej. Co gorsza... Nie widziałem nikogo. Popatrzyłem na zegarek, działał. Wskazówki zegara tykały, więc dlaczego nikogo nie było? Może sam się przestawił i wprowadził mnie w błąd?

Z oddali zaczął dobiegać do mnie przeciągający dźwięk ocierających o tory kół pospiesznego pociągu. Przebiegłem się po całym peronie, ale wciąż nie widziałem Sakury. Gdzie ona do cholery się podziała? Martwiłem się, więc wyciągnąłem telefon. Brak sygnału. Co za typowy badziew używany zazwyczaj w filmach grozy, gdzie bohater ma zaraz zmierzyć się samodzielnie z problemem, bo nie może wezwać pomocy. Używany tak często, że aż nudny... No tak… Popularny, więc czy w moim wypadku miało właśnie o to chodzić? Nie... Nie... Nie... Zacisnąłem telefon w pięść i ścisnąłem go z całej siły. To nie może być prawda... Nie po raz kolejny...

Usłyszałem dźwięk zamykających się krat. Takich, jak w celach więziennych. Obejrzałem się za siebie i to nie było złudzenie. Z sufitu wysunęły się pręty, które zablokowały drogę ucieczki. Wszystkie ścieżki zostały odgrodzone.

Zapiekła mnie dłoń... Syknąłem i opuściłem telefon na ziemię. Ku mojemu zdziwieniu nie rozwalił się, a zamienił w oleistą ciecz, która szybko rozesłała w powietrze drażniącą moje nozdrza parę. To była jakaś substancja, jakiej nigdy wcześniej nie znałem. Zatkałem zdrową dłonią nos, z którego zaczęła wyciekać krew. Nie sądziłem, że cokolwiek może tak szybko i skutecznie załatwić jeden ze zmysłów człowieka.

Wróć do mnie.

Na torach ujrzałem Sakurę. Wpatrywała się we mnie z tym swoim uroczym, pełnym wdzięku uśmiechem. Była taka piękna i cudowna, gdy ukazywała mi swoje uczucia i co najważniejsze – nie złościła się na mnie.

O czym Ty teraz do cholery myślisz Itachi?! Ona stoi na torach!!

Światła nadjeżdżającej maszyny oświetliły jej sylwetkę, która w jakimś stopniu zrobiła się bardziej przezroczysta. Ujrzałem, że jej stopy unoszą się kilkanaście centymetrów nad ziemią, a wyciągnięta ręka w moim kierunku wyparowywała szybciej, niż woda z czajnika. Przypominała mi ducha, niemrawe wspomnienie po jej osobie.

Kochałem ją, jak nikogo innego na tym świecie. Byłem pewien, że właśnie z nią chce się ożenić, spłodzić dzieci. Dlaczego, więc odczuwałem teraz dziwny spokój? Nie mogę zrozumieć, dlaczego nie ruszyłem się z miejsca.

Światła mnie oślepiły. Trafiły w moje oczy zamykając powieki. Zasłoniłem je dodatkowo dłonią. Pisk hamowania zastąpił bardzo głośny huk, roznoszący się przez kilkanaście sekund echem po pustym peronie. Dopiero, gdy nastała cisza odważyłem się z powrotem uczestniczyć w tej historii.

W suficie peronu powstała wielka dziura, a posypany z niej beton, metalowe pręty, czy nawet kilkanaście metrów piachu spadło na dach zepsutej maszyny. Do pomieszczenia dostało się światło, ale nie białe, takie jakie powinno być. Jego barwa przybrała jaskrawy czerwony momentami przechodzący w bordowy.

O dziwo zdziwił mnie bardzo wygląd samego pociągu. Byłem pewien, że nie dawno wjechał na peron, a tymczasem wyglądał, jak porzucony wrak. Pochłonięty rdzą w wielu miejscach tracił swoje barwy. Przednie szyby były popękane, a inne z boku całkowicie stłuczone. Na zepsutych, lekko otwartych drzwiach widniał dziwny znak, jakby chiński hieroglif, którego nie potrafiłem rozpoznać. Przypominało mi to łódkę z końskim ogonem i mordą kota. Wewnątrz panował mrok, nawet mocne światło pochodzące z nieba nie dotarło do środka. Tak, jakby nie miało tam wstępu.

Jakim cudem z pięknej zadbanej lokalizacji zrobił się taki syf? Wszędzie tylko bród, rdza, krzaki, popękane ściany, starte w niektórych miejscach farby, pełno unoszącego się w powietrzu kurzu. Białe kafelki zżółkły, jak papier oblany kawą, w niektórych momentach popękały, a fugi dosłownie wyparowały tworząc wielką szparę prowadzącą do nicości. Nawet graffiti się ścierały przez upływ czasu...

Nie możliwe... Ja chyba po raz kolejny wariuje. Tracę cholerne zmysły... Nie mogę... Nie mogę tak żyć... Czy całkowicie zagubiłem swoją rzeczywistość?

Serce zakuło mnie mocniej, gdy usłyszałem stukot wyłączającej się jarzeniówki. Kolejny raz ścisnęło mnie z mocniejszym natężeniem, przy następnej zbliżającej się ciemności. Tak kilkanaście razy, aż przyszedł czas na lampę wiszącą nad moją głową. Podniosłem do góry wzrok. Przyjrzałem się jej. W duchu modliłem się, aby nie zgasła. Nie chciałem, aby zmusiła mnie do poruszenia się w kierunku tego czerwonego światła.

Iskry wydostały się z osłonki i opadły na moje ramiona. Pochłonął mnie mrok, ale nie głuchy... Okrążyło mnie sapanie, które uderzało we mnie zimnym podmuchem z każdym dźwiękiem. Coś stało koło mnie i ewidentnie grało na mojej psychice. Chciało mnie przestraszyć. Odniosło sukces.

Tyłem wycofałem się bardzo szybko do czerwonego światła. No, ale oczywiście człowiek w czasie stresu, czasami traci zdrowy rozsądek i gubi się we własnych emocjach, więc... Nie mam oczu dookoła głowy.

Uderzyłem w coś ustawionego na wysokości moich kolan. Prędkość z jaką się rozpędziłem nie była wolna, także zostawiona na mnie pułapka okazała się strzałem w dziesiątkę. Żyłka przeszła przez moją skórę, a przymocowane do niej żyletki wbiły się w mięśnie dwugłowe uda, rozdzielając je na dwie części. Moje ciało przechyliło się na plecy i tak upadłem nie mając siły pokonać bólu, jaki w tej chwili rozchodził się w mojej kończynie dolnej.

Przesiąkałem własną krwią.

Żyłka i żyletki razem ze mną opadły na kafelki. Czołgałem się do tyłu pomagając sobie zdrową nogą. Pozostawiałem po sobie ślady rozciągającej się fali czerwieni. Byłem słaby, bo nie zrobiłem więcej niż jednego metra. Traciłem za dużo krwi... Straciłem całkowicie czucie nad nogą.

Rozłożyłem się na podłodze. Poddałem się. Nie miałem już sił walczyć. To było dla mnie zbyt skomplikowane.

Strach... Wściekłość... Lament... Rozpacz... Czysta zabijająca mnie od środka furia... Bezradność... Kolejna silna dawka nienawiści połączonej z pulsującą paniką... Agresja...

To wszystko zastąpiła pustka. Czułem obojętność.

Nieprzyjemne drapanie paznokci o metalową powierzchnię podrażniło moje bębenki. Sprawiło, że ostatni raz odwróciłem głowę. Nie miałem sił na więcej.

W szparze pojawiły się kobiece, zakrwawione dłonie. Rozwalone wcześniej drzwi metra stopniowo zamieniały się w kulki rtęciowe. Takie, jakie są zazwyczaj na dnie termometrów. Wypuszczały kobietę z wnętrza ciemnego pociągu... Chciało, aby mnie znalazła.

Kuleczki rozsypały się dosłownie wszędzie, a kobieta wychyliła się stając w zasięgu światła. To niemożliwe... To była ona... Moja... Moja... Nie...

Jej zadbane puszyste włosy zamieniły się w tłustą, ociekającą brudem perukę, pochłaniającą całkowicie jej idealny różowy odcień. Jej twarz była blada, pokryta bliznami i wielkimi plamami, przypominającymi ślady po oparzeniu. Miała niechlujną postawę, a ruchy były całkowicie pozbawione gracji, jaką w niej uwielbiałem. Podchodziła w moim kierunku, aż podeszła na tyle blisko, abym dostrzegł jej oczy. Czy ja powiedziałem oczy? To były wyłupiaste, wybielone gały obracające się w różne strony świata. Dosłownie migotały, jakby miały zaraz eksplodować.

Upadła na kolana, przystawiła dłonie do kafelek i niczym zwierzę zmierzała na czterech łapach do swojego posiłku. Była wygłodniała, inna, pochłonięta demoniczną mocą...

Tak bardzo ją kochałem...

Jej stępione, aczkolwiek wyjątkowo wielkie zębiska przeszły przez moją szyję zahaczając o tętnicę. Rozerwała ją wyrywając ze mnie kawałki skóry i niewielką ilość mięsa.

Przyczyniła się do ostatniego tchnienia.

„FINISH”

     Przeżegnałem się i z trudem położyłem biały kwiat na grobie mojej matki. Za życia uwielbiała dejnante, więc jak najczęściej starałem się je przynosić. Nie byłem wstanie zadbać o nią wystarczająco, gdy była obok mnie, więc teraz chciałem się jej odpłacić. Żałowałem wielu wyborów, ale gdybym mógł cofnąć czas za pewne po raz kolejny wybrałbym samodzielne życie u boku Sakury. Przecież to naturalne, że w pewnym momencie trzeba odciąć pępowinę i iść na swoje. Nikt jednak nie jest wstanie przewidzieć, że może to przynieść tragiczne skutki. Czasem próbuje wciskać sobie na siłę, że to nie moja wina... Czy jako syn powinienem dostrzec jej ciche wołanie o pomoc? Pewnie tak, ale byłem zbyt zajęty układaniem własnych ścieżek, aby dostrzec tą, którą kroczy moja matka. Skąd mogłem wiedzieć?

Alarm syreny strażackiej zakłócił mój spokój. Westchnąłem zaniepokojony ulotnością życia. Zbyt często budzimy się za późno. Nie zapobiegamy tragediom na czas i zagłuszamy swoją intuicję przez lenistwo, lub zdrowy rozsądek.

Z nieba zaczął padać kwaśny deszcz, który podczas zderzenia z podłożem błyskawicznie wyparowywał. Do zapełnienia widoczności gęstą mgłą wystarczyło kilka sekund. Straciłem panowanie nad sytuacją... Ponownie działo się to, co wprawiało moje mięśnie w drganie, zakłócało mój umysł, wzbudzało niepokój, zasychało ślinę w gardle i przede wszystkim – odbierało mi życie.

Wiedziałem, że to bardzo zły znak.
Oj Itachi... Co tym razem?

Grób mojej matki przesiąknął paliwem. Biały kwiat zwiędnął, zeschnął, a następnie zapalił się, niczym zapałka tarta o fosfor czerwony. Płomień błyskawicznie przeszedł przez grób, a ja w tym momencie usłyszałem bardzo intensywny krzyk matki. Wrzeszczała, jakby była palona na stosie... A przecież dawno już nie żyła!

Rzuciłem się do ucieczki. Byłem tym wszystkim zmęczony. Nie mogłem znieść cierpienia mojej mamy. Jej ból podnosił w moim ciele temperaturę. Płonąłem od środka.

Biegłem pomiędzy pomnikami, przedzierałem się przez krzaki, posuwałem się wzdłuż kamiennych ścieżek... Błądziłem we mgle nie mogąc odnaleźć wyjścia. To był labirynt niekończących się nagrobków. Wydawało mi się, że ze mnie rechoczą. Każdy z tych kamieni chowających pod sobą ciała w trumnach, po prostu się ze mnie naśmiewał.

Mieli rację... Itachi ponownie zginie i nie ważne ile będę uciekał.... Nie ucieknę przed przeznaczeniem.

Pomóż mi...

Głos mojej mamy był najlepszą sprawą, jaka spotkała mnie w ostatnich czasach. Przez chwilę sprawiła, że poczułem się bezpiecznie, odczułem moc miłości i szczęścia lat dzieciństwa. Jakbym był w domu otoczony ponownie jej ciepłem i serdecznością. Jej przebaczaniem oraz nauczaniem. Chciałem się w nią wtulić, zapomnieć o swoich problemach...

Sieczka… Mój mózg stawał się papką. Sieczka… To było dla mnie zbyt traumatyczne przeżycie.

Zatrzymałem się na wielkim polu. Mgła nie opadała, choć deszcz przestał padać. W koło poustawiane były stare, zdewastowane już pomniki aniołów. Nie brakowało też korzeni wolno stojących na podmokłej ziemi. Po środku tego wszystkiego stała jedna popękana muszla klozetowa niepołączona z kanalizacją. Byłem całkowicie zdezorientowany. Nie pasowała do otoczenia. Skąd się tutaj wzięła?

Zza drzewa wychylił się mężczyzna, wysoki i chudy, jak tyczka. Miał na sobie strój w paski, twarz wymalowaną, niczym mim przygotowany do występów. Jego ubrania pokryte były rozpryśniętą, zaschniętą krwią. Uniósł ku górze ręce, po czym w jego dłoniach zaczęły ukazywać się przedmioty. Przy jednej czarnej rękawicy pojawiły się skrzypce, a w drugiej smyczek. Mężczyzna przyłożył instrument do brody przy lewym ramieniu, pomógł głową kładąc na nim podbródek. Smyczek wylądował na strunach.

Za jego plecami uderzyła bardzo potężna, rozjaśniająca na chwilę mrok błyskawica. Grzmot wzbudził we mnie niepokój.

Jego palce zaczęły dociskać struny, a smyczek wprawiać nuty w życie. Zaczęła rozbrzmiewać mroczna muzyka…

Znałem to… Byłem pewien, że rozpoznawałem ten utwór.

Lacrimosa…
Lacrimosa dies illa…

Głosy chórku dobiegały zewsząd.

Tak to Mozart. Pieśń zwiastująca moją śmierć.

Kolejny piorun uderzył w ziemię, lecz tym razem znacznie bliżej nas. Zerwał się silny wiatr bawiący się moimi włosami, popychał mnie w kierunku porzuconego klozetu.

Pozbawiony wolnej woli, ukrócony z kontroli poruszałem się obezwładniony. Wewnątrz stawiałem opór, ale on nie wystarczył. To nie zwiastowało niczego dobrego…

Z wnętrza ubikacji wyłoniły się palce z wielkimi czarnymi szponami. Po nich pojawiły się blade dłonie bijące światłem, niczym pełnia księżyca.

Judicandus homo reus…

Oszczędź mnie o dobry Boże… Nie zabijaj mnie ponownie.

Ciemna czupryna ukazała się moim oczom, następnie pojawiły się jej fioletowe tęczówki. Nie dostrzegałem w nich już tej dobroci… Przyszła po mnie. Zapłacę za wszystkie krzywdy, jakie jej wyrządziłem. Za całą zniewagę, z jaką musiała żyć.

Otworzyła usta, a z nich wyleciało stado ciem. Piękne motyle nocne wzbiły się ku walczącym w nieboskłonie piorunom. Tak zabiorą moją duszę ze sobą… Zabiorą mnie do siebie…

Pie Jesu Domine…

Po wargach mojej rodzicielki spłynęła gęsta smoła. Czekała na mnie.

Wychyliła w moim kierunku swoje szpony.

Wiatr popychał mnie ku niej…

Boże proszę oszczędź mnie. Nie jestem gotowy.

Zbliżałem się. Jej sylwetka wyłoniła się do bioder. Miała na sobie mnóstwo larw bawiących się na jej ciele… Wiły się w tą i z powrotem wpijając się w pognite już mięso… Widziałem posinioną skórę, mogłem dostrzec jej żebra…

Dona eis requiem, Amen…

Proszę Cię mamo nie krzywdź mnie… Nie chciałem… Przepraszam… Zawiodłem Cię, ale żałuje. Żałuje wszystkiego, czego w życiu dokonałem. Chciałbym się zmienić… Chciałbym…

Powietrze zrobiło się cięższe, powstała wielka dusznota. Podłoże wydzielało gorącą parę… W koło unosił się wyłącznie słodkawo-kwaśny zapach rozkładającego się nieboszczyka… Zawartość mojego żołądka zawirowała, przedzierając się przez przełyk.

Skrzypek przygotowywał się do zakończenia utworu. Z jego pleców rozpostarły się ogromne czarne skrzydła. Zamachały dwa razy, po czym jego sylwetka oderwała się od podłoża.

Dona eis requiem, Amen…

Ostre, jak skalpel szpony mojej rodzicielki wbiły się w moją klatkę piersiową. Miała niesamowitą siłę. Połamała mi mostek i doszła do serca. Złapała je w dłonie.

Uśmiechnęła się szeroko. Była przepełniona pychą, entuzjazmem… Szczęściem…

Rozdawała teraz karty...

To ostatnie, co zapamiętałem.

Zacisnęła w swych brutalnych rękach mój bijący organ… Zmiażdżyła komory i przedsionki… Oderwała od niego żyły i tętnice…

W koło nastała błoga cisza. Skrzypek przestał grać, chór śpiewać. Nastał spokój.

Boże daj mi wieczne spoczywanie.
Upadłem na kolana… Pochłonęła mnie rozżarzona gleba.


CIĄG DALSZY NASTĄPI…!

___

Kolejne części Psychodeli będą pojawiać się wyłącznie na blogu:

DARKESTOFNARUTO

Na którego Was serdecznie zapraszam... Blog został stworzony z myślą o tematyce horroru i hentai (Naruto). Każdy z was jest mile widziany, jako AUTOR! 

Pozdrawiam :)

niedziela, 2 marca 2014

Wita Was BlueKsR.

2 komentarze:
Hello ~
Mój pseudonim to BlueKsR - dla przyjaciół po prostu Blue.
Dołączyłam tu by pisać Jednopartówki, te na zamówienie, jak i te własne. Teraz chciałabym powiadomić Was, drodzy czytelnicy, co najchętniej napiszę, a czego nawet kijem od szczotki nie tknę. ;]
 
Najchętniej stworzę Jednopartówki z paringami takimi jak:
- SasuIno
- NaruIno
- ItaSaku
- HidaHina
- SasuHina
 
Ogólnie, to wszystko co z Ino, całym Akatsuki, Hebi (Taka), członkami drużyny siódmej - napiszę z przyjemnością. ;]
Jednak, mam pewne "ale", otóż: Nie napiszę opowiadania o tematyce NaruHina. Z całym szacunkiem do jego fanów, ale ja go po prostu nie trawię.
Jeżeli chodzi o SasuSaku - to już z przymrużeniem oka, jednak - nie wykonam zamówienia z tą parą. Może się zdarzyć, że coś o nich napiszę, ale to okazjonalnie.
 
Co do Yuri, Yaoi, Hentai - bardzo chętnie. ;] Nie mam żadnych przeciwskazań. :D
Horrory, obyczaje, dramaty, romanse, itp. - jak najbardziej. ^^
 
Ah, i poproszę Was także o wyrozumiałość. Męczę się z Dysleksją. Posiadam duże problemy z interpunkcją (przecinki - staram się jak mogę, ale nie zawsze uda mi się je postawić we właściwym miejscu...)
 
***
 
Jeżeli ciągle nie wiecie czy zgłosić u mnie swoje zamówienie, to proszę mnie o to zapytać na
GG: 48275944
albo
na poczcie: lynntinn.gmail.com
 
Bardzo chętnie także, nawiąże nowe znajomości. ;]
 
Posiadam też blogi, takie jak: DM oraz MKP i ZF
Serdecznie zapraszam. ;)


 
 

Etykiety:

FugaMiko (4) Hinata (1) Itachi (7) ItaSaku (55) ItaSasu (1) KakaAnko (1) KakaSaku (2) MadaSaku (2) MadaSakuIta (2) Minakushi (2) Naruto (1) Sakura (8) Sasosaku (2) SasuIno (1) Sasuke (5) SasuSaku (2) yaoi (1) Zamówienie (25)
layout by Sasame Ka